Już na wstępie obiecuję, że następny post nie będzie miał nic wspólnego z katarem, kaszlem ani pigułkami, bo postanowiłem wyzdrowieć. Wyzdrowieć i basta, a od poniedziałku marsz do szkółki. Ale na razie - do mojego zakatarzonego bluesa dochodzi zachrypnięte boogie pod postacią kołyszącego jak hawajski hamak utworu Arthura Smitha. Obiecuję sobie nauczyć się tego grać, gdy tylko będę wstanie potrzymać gryf w ręce dłużej niż 10 sekund - na razie co 2 akordy musiałbym robić pięciotaktową pauzę na wyczyszczenie nosa. No właśnie, a cóż to za zakatarzony blues? Jeszcze tego nie wymyśliłem. Ale obiecuję, że jak na coś wpadnę, to koniecznie o tym kawałku wspomnę. Zdaję sobie sprawę, że Arthur Smith nie ma nic wspólnego z chrypą. Ale wybór tego kawałka na dziś uważam za absolutnie uzasadniony - utwór ten jest bez wątpienia instrumentalny, więc załóżmy, że wykonawca zmuszony został do zrezygnowania z wokalu na skutek chrypki tudzież innej tego typu przypadłości :D W każdym razie, tego właśnie teraz słucham, próbując nie zagłuszyć kaszlem tych fenomenalnych zagrywek gitarowych!
http://www.youtube.com/watch?v=zDyjxpw1vBs
Ministerstwo Twórczości Nienormalnej
Małe co nieco o kulturze. Sztuka, moda, muzyka z punktu widzenia laika.
piątek, 22 marca 2013
czwartek, 21 marca 2013
Neo-Angin i Hendrix
Pisanie bloga - czas start. Ale od czego tu zacząć? No, może
od wyjaśnienia mojej potrzeby dzielenia się różnymi
i różniastymi przemyśleniami, jakie nawiedzają moją szaloną łepetynę. Potrzeba ta od dłuższego czasu dojrzewała gdzieś tam głęboko w czeluściach mojej świadomości, aż zostałem przez "wiosenny atak zimy" a w konsekwencji przez Panią Anginę odcięty na jakiś czas od wszelkiego towarzystwa. To było jak zapalnik - wtedy stwierdziłem, że tę chmurę myśli w mojej głowie trzeba gdzieś zutylizować.
Narastająca, wszechobecna świadomość odosobnienia to coś, czego nienawidzę i co towarzyszy mi od paru dobrych dni,
a choróbsko odpuścić nie chce. Paradoksalnie, chcąc uniknąć samotności, zamykam się w swoim świecie jeszcze szczelniej, wraz z ukochaną muzyką, czasopismami o wszystkim i o niczym, gitarą, wzmacniaczem (trzeba się na czymś wyżyć, gdy znów znikąd pojawi się energia do spożytkowania :D) oraz horrendalną ilością ołówków, kartek i tuszy- to mój ulubiony "tłumacz myśli", pozwalający przelać bałagan z niespokojnej głowy na biały arkusz. Napiszę tu o tym i owym, nawet nie precyzuję, o czym konkretnie,
bo przewidywalnością mój dziki umysł nie grzeszy... Wrzucę
w poście cokolwiek mi na myśl przyjdzie. Ale z pewnością nie zabraknie odrobiny dobrej muzyki, ba, nawet może więcej, niż odrobiny. Będzie to przede wszystkim blues, czasem spokojny
i usypiający, a czasem ostry i rozgrzany do czerwoności płaczliwym wrzaskiem gitar.
Dlatego na koniec polecam gorąco dwóch panów z dwóch biegunów bluesa - jeden wprost z delty Mississippi, czarodziej brudnego, prymitywistycznego, czarnego bluesa, drugi zaś - bóg gitary elektrycznej, istna siła natury na scenie. Gdy chwycił za instrument, paroma uderzeniami w struny potrafił odmienić wszystko, co myśleli o muzyce słuchacze. Pierwszy pan to John Lee Hooker - przedstawiam jedno z jego nowszych nagrań, Highway 13, istne uniwersum bluesowego klimatu zamknięte
w siedmiu minutach ocierającego się o ambient grania. Drugi muzyk to rzecz jasna Jimi Hendrix, tu jego szalony instrumental Peace in Mississippi. Bogactwo gitarowego szaleństwa - niewiarygodne, co ten człowiek wyprawiał ze swoim wiosłem :D
1. http://www.youtube.com/watch?v=LlwJRk09I5U
2. http://www.youtube.com/watch?v=cNy9R3993xM
od wyjaśnienia mojej potrzeby dzielenia się różnymi
i różniastymi przemyśleniami, jakie nawiedzają moją szaloną łepetynę. Potrzeba ta od dłuższego czasu dojrzewała gdzieś tam głęboko w czeluściach mojej świadomości, aż zostałem przez "wiosenny atak zimy" a w konsekwencji przez Panią Anginę odcięty na jakiś czas od wszelkiego towarzystwa. To było jak zapalnik - wtedy stwierdziłem, że tę chmurę myśli w mojej głowie trzeba gdzieś zutylizować.
Narastająca, wszechobecna świadomość odosobnienia to coś, czego nienawidzę i co towarzyszy mi od paru dobrych dni,
a choróbsko odpuścić nie chce. Paradoksalnie, chcąc uniknąć samotności, zamykam się w swoim świecie jeszcze szczelniej, wraz z ukochaną muzyką, czasopismami o wszystkim i o niczym, gitarą, wzmacniaczem (trzeba się na czymś wyżyć, gdy znów znikąd pojawi się energia do spożytkowania :D) oraz horrendalną ilością ołówków, kartek i tuszy- to mój ulubiony "tłumacz myśli", pozwalający przelać bałagan z niespokojnej głowy na biały arkusz. Napiszę tu o tym i owym, nawet nie precyzuję, o czym konkretnie,
bo przewidywalnością mój dziki umysł nie grzeszy... Wrzucę
w poście cokolwiek mi na myśl przyjdzie. Ale z pewnością nie zabraknie odrobiny dobrej muzyki, ba, nawet może więcej, niż odrobiny. Będzie to przede wszystkim blues, czasem spokojny
i usypiający, a czasem ostry i rozgrzany do czerwoności płaczliwym wrzaskiem gitar.
Dlatego na koniec polecam gorąco dwóch panów z dwóch biegunów bluesa - jeden wprost z delty Mississippi, czarodziej brudnego, prymitywistycznego, czarnego bluesa, drugi zaś - bóg gitary elektrycznej, istna siła natury na scenie. Gdy chwycił za instrument, paroma uderzeniami w struny potrafił odmienić wszystko, co myśleli o muzyce słuchacze. Pierwszy pan to John Lee Hooker - przedstawiam jedno z jego nowszych nagrań, Highway 13, istne uniwersum bluesowego klimatu zamknięte
w siedmiu minutach ocierającego się o ambient grania. Drugi muzyk to rzecz jasna Jimi Hendrix, tu jego szalony instrumental Peace in Mississippi. Bogactwo gitarowego szaleństwa - niewiarygodne, co ten człowiek wyprawiał ze swoim wiosłem :D
1. http://www.youtube.com/watch?v=LlwJRk09I5U
2. http://www.youtube.com/watch?v=cNy9R3993xM
Subskrybuj:
Posty (Atom)